15 kwietnia 2014

Z CYKLU: PORADY NIEPOTRZEBNE

Najlepsze bloggerki słyną z udzielania porad, które ułatwiają życie czytelniczkom, więc i ja do tego się posunę. W dzisiejszym poście dam Wam wskazówkę JAK NIE NUDZIĆ SIĘ, CZEKAJĄC NA PIZZĘ.

Co będzie Wam potrzebne:

- średnia pizza, którą włożycie do piekarnika (możecie ją też zamówić w najbliższej pizzerii)
- płyn do naczyń
- foliowy woreczek

Załóżmy, że moja pizza wylądowała już w piekarniku. Wiadomym jest, że pizza, na którą się patrzymy, piecze się dwa do trzech razy dłużej. Jak więc skrócić uporczywe czekanie, aż pizza się upiecze (bądź doręczyciel zapuka do Waszych drzwi)? Sposób jest - paradoksalnie - bardzo prosty.

Siadamy przy stole (najlepiej nie w kuchni, pizza wyczuje Waszą obecność) i bierzemy do ręki plastikowy woreczek. Napełniamy go niewielką ilością płynu do naczyń i szczelnie zawiązujemy. Przed zawiązaniem dobrze jest upuścić z woreczka całe powietrze, żeby był bardziej "elastyczny".
Na początku woreczek z płynem nie jest zbyt przyjemny w dotyku, dlatego zaleca się uprzednie zrolowanie go dłońmi lub namiętne ciamcianie palcami, aż do uzyskania gęstej piany.
Teraz pozostaje nam jedynie miętosić woreczek, aż nasza pizza będzie gotowa (lub doręczyciel wreszcie zapuka do naszych drzwi). W przypadku pizzy podgrzewanej w domu, lepiej sprawdzać co jakiś czas jej "status". Nie chcemy przecież zwęglonej pizzy lub - co gorsza - kuchennego pożaru.

Mam nadzieję, że rozwiązałam Wasz problem z oczekiwaniem na pizzę.
Inne porady już wkrótce!

12 kwietnia 2014

UPDATE POPRZEDNIEGO POSTA

Chyba się dziś nie wyspałam i daję wyjście negatywnym emocjom na blogu, przez co praktycznie cały wieczór jest on niedostępny. Nie lubię siebie za to i pewnie będę żałować, że usunęłam poprzedni wpis z przyczyn niewyjaśnionych w sumie, dlatego postanowiłam zrobić mały update. Wrzucam Wam zatem moje ulubione "gadżety" i idę dalej zamiatać mój fragment blogosfery; chyba czas wydorośleć i obrać jakiś konkretny kurs dla tej maleńkiej łódeczki, którą umownie nazywa się blogiem. Idę myśleć, pragnąć, chcieć - bo wieczorem robi się to najlepiej. Wieczorami rozpuszczam się w sobie, jak owocowa pastylka witamin w szklance lodowatej wody. Jestem tą pastylką.


Poza tym ostatnio cierpię na okropny słowowstręt. Lista słów, których nie znoszę robi się coraz dłuższa i dłuższa a ja z bólem staram się omijać je w rozmowie i w piśmie, próbując zgrabnie
wybrnąć i skleić coś, co nie będzie tylko średniokleistym zlepkiem bzdur.

W dodatku diagnozy są dwie:
albo mam zbyt wielkie, czysto pisarskie aspiracje
albo jestem nienormalna.
Niech to szlag.

8 kwietnia 2014

DAWNO, DAWNO TEMU...

Choruję od ponad ośmiu miesięcy. Zaczęło się bardzo niewinnie, główne objawy to ucisk w żołądku i zaczerwienione policzki, problemy z koncentracją, przyspieszony oddech, czasem bezsenność. Zignorowałam to, mówiąc, że takie choroby nie dotyczą osób takich jak ja.

Z czasem objawy zaczęły się nasilać, aż w końcu dowiedziałam się, że przyczyną "szkód" w moim ogranizmie jest  fenyloetyloamina endorfiny* (C6-H5-NH-C2H5). Ucisk w żołądku ustąpił miejsca przyjemnemu ciepłu w okolicach klatki piersiowej, twarz pozostawała delikatnie zarumieniona,
wrażliwa na dotyk. Usłyszałam też, że (nie)stety nie ma na to lekarstwa.

I zrozumiałam, że nie ze wszystkich "chorób" warto się wyleczyć.
W niektórych warto trwać i pielęgnować je. Zwłaszcza, gdy ma się z kim chorować.

*fenyloetyloamina endorfiny - organiczny związek chemiczny, zwany potocznie miłością

6 kwietnia 2014

ZASYPANA PO SZYJĘ DZIWNYMI PRZEDMIOTAMI UMRZEĆ CHCĘ, TAK TO WIDZĘ

Mam słabość do pudrowo - różowych ciuchów z delikatnych, zwiewnych tkanin, dlatego gromadzę je, nawet gdybym miała nigdy ich nie ubrać. Tak jest również z tym okropnym, babcinym sweterkiem, dorwanym za 2 zł w chełmińskim lumpeksie. Już ponad pół roku czeka na swoje 5 minut, bo za każdym razem, gdy go wkładam, czuję się nieco komicznie. Cóż, mam nadzieję, że niedługo uda mi się "jakoś" go skomponować lub - w ostateczności, bo bardzo tego nie lubię - trafi w jakieś inne ręce.


Poza tym mam naturę chomika i wcale się z tym nie kryję. Co dzień przebijam się przez stertę dziwacznych ubrań, których nie noszę, ale za nic w świecie ich nie wyrzucę. Wiszą na wieszakach, leżą w koszykach i cieszą zmysły, bo pewnie nie wiecie, ale otaczanie się dziwnymi przedmiotami uszczęśliwia mnie prawie jak samo jak porcja truskawkowych lodów z podwójną bitą śmietaną, w Dzień Świni, kiedy to "zapominam" o żywieniowych restrykcjach. Tak, dziwne przedmioty są jak
lody truskawkowe. Czynią mnie szczęśliwą a szczęście to wspaniała rzecz.

4 kwietnia 2014

BITCH, PLEASE. I'M FASHIONISTA! | czer 2008

O mój Boże! Totalnie nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wrzucić tutaj tego zdjęcia. Jest po prostu tak okropne i tak kochane, że zaraz jak je odkopałam, zapisałam je w najważniejszym folderze na pulpicie o nazwie "JHGS". Śmiałam się chyba z pół godziny.

Gdybym jakimś sposobem mogła przenieść się w czasie i spotkać siebie w momencie, w którym ubierałam na siebie te wszystkie dziwne rzeczy i chciałam pokazać się tak w miejscu publicznym, chyba... Ubrałabym jeszcze jakiś żarówiasty sweter. Albo pacnęła w łeb. Ale raczej sweter.

#YOLO

Tak całkiem poważnie, mam ogromny sentyment do zdjęć tego typu. Planuję stworzyć osobną "kategorię" dla wpisów ze zdjęciami sprzed lat.
Co myślicie?